
Architektura ryzyka i nowe szlaki
3 lipca 2026Chęć kontroli dostępu do surowców energetycznych powoduje wybuchy wojen i narastanie konfliktów. A obecnie działania militarne coraz mocniej koncentrują się na morzu – zatapiane są statki, giną marynarze.
Najpoważniejszy wybuchł 28 lutego 2026 r. Przyczyną miała być raczej obawa, że Iran może zbudować broń jądrową. Więc 2 państwa już posiadające broń atomową – USA i Izrael, dokonały agresji w samym sercu światowego systemu logistycznego i największych zasobów ropy naftowej oraz gazu ziemnego na planecie. W Zatoce Perskiej wydobywa się co trzecią baryłkę ropy i produkuje co piątą tonę LNG. W efekcie cały świat stał się zakładnikiem najpoważniejszego kryzysu energetycznego ostatnich 100 lat.
Konflikt wojenny w ciągu 40 dni przekształcił się w blokadę morską. I to podwójną – z jednej stron Iran wykorzystał swoje położenie geograficzne i użył najsilniejszej broni o globalnym zasięgu rażenia – Cieśniny Ormuz. To wąskie gardło światowego transportu ropy i LNG, zostało prawie całkowicie zamknięte, a w Zatoce Perskiej uwięzionych zostało kilkaset jednostek, z których część była załadowana ropą i gazem. Konflikt spowodował, że transport morski jeszcze głębiej zszedł do podziemia. Upowszechniły się złe praktyki pływania bez włączonych systemów AIS, co zwiększa ryzyko kolizji, coraz więcej statków jest też zaliczanych do tzw. floty cieni, przez co czyli obejmowanych restrykcjami, które uniemożliwiają kooperację z nimi.
Wojna w Zatoce Perskiej i blokada Cieśniny Ormuz uderzyła boleśnie światową logistykę. Tak strona irańska, jak i amerykańska atakowały statki handlowe innych państw, niektóre zatapiając, a inne uszkadzając i zatrzymując. Blokada spowodowała, że światu zabrakło 1/5 podstawowych surowców energetycznych – ropy i LNG.
Jednak kryzys ten był świetnie zarządzany z Waszyngtonu. Po pierwsze nie dopuszczono do spekulacji cenowych i pobrania tzw. renty strachu przez graczy finansowych. Ponadto był to bardzo nietypowy kryzys, bez normalnej dla takich wydarzeń histerii, wręcz przeciwnie – media uspakajały, że już za chwilę się skończy, że nie jest wcale tak źle. Aby zapobiec brakom surowca, uruchomiono globalne rezerwy ropy, zarządzane przez Międzynarodową Agencję Energii, które w końcu na coś przydały. W konsekwencji kryzys docierał do społeczności międzynarodowej jedynie przez wyższe ceny paliw, i ciągłe zapewnienia, że już za chwilę to się skończy.
Po ponad 100 dniach, zawarto porozumienie, zaprzestano walk i otwarto cieśninę. Ruch tankowców nie powrócił oczywiście natychmiast do intensywności sprzed wojny (ok. 130 statków dziennie), a byle utarczka, wymiana ognia powoduje, że znowu zamiera. Ale notowania ropy pod koniec czerwca br. wróciły do poziomu sprzed wybuchu wojny. Kryzys można więc uznać za zawieszony. Przynajmniej do czasu wyborów w USA.
Niestety nie tylko ten konflikt niszczył transport morski, bo także wojna w Ukrainie odciska swoje piętno. W ub.r. na Bałtyku rosyjska marynarka wojenna zaczęła nawet konwojować tankowce, co powoli zaczyna przypominać narastającą wojna morską, choć na razie w formie partyzantki. Wielka Brytania i Francja, setki mil od swoich wybrzeży, na otwartych wodach oceanu i mórz, zatrzymują rosyjskie tankowce przewożące ładunki ropy do Chin czy Indii. To forma walki z obchodzeniem przez Rosję zachodnich restrykcji – poprzez zakupienie tankowców i własne przewozy.
Główną rolę grają tu sankcje, czyli wpisanie jednostek na „czarne listy”, co oznaczające zakaz kontaktów z nimi. Zostało nimi objętych ok. 700 statków, co jednak stanowi zaledwie ułamek światowej floty handlowej (ponad 110 tys. jednostek). Jednak jeśli przyjrzeć się tankowcom klasy Aframax, to już prawie co czwarty jest objęty sankcjami. Oczywiście restrykcje objęły wszystkie statki rosyjskie, i liczne grono floty współpracującej z Rosją, pod wątpliwej jakości banderami, zaraz potem irańskie (3/4 ich floty), północnokoreańskie czy wenezuelskie. Ale niepokojącym zjawiskiem jest szybko rosnąca liczba sankcjonowanych armatorów, operatorów portów czy jednostek pływających z Chin i Hong Kongu. Tendencja ta zapowiada narastanie zjawiska. Do czarnych list coraz intensywniej dołączani są też gracze z Emiratów, Turcji, Cypru czy Indii.
Ponadto na Bałtyku, Morzu Czarnym i Śródziemnym nasiliły się ataki na tankowce, statki handlowe, infrastrukturę portową. Ukraińcy, wykorzystując morskie i powietrzne drony nowej generacji, szybsze i o większym zasięgu, korzystające ze sztucznej inteligencji i odporne na kontr-środki wojny radiowej atakują rosyjską infrastrukturę paliwową. Dlatego coraz więcej jest zniszczonych statków, instalacji portowych, terminali naftowych i paliwowych, a także rafinerii. W marcu br. używając podwodnych lub powietrznych dronów wyeliminowano prawie 40% rosyjskich zdolności eksportowych na Morzu Czarnym i Bałtyku.
Poza tym,na samym początku br., największe zasoby ropy naftowej zostały nagle porwane. Było to aż 303 mld baryłek ropy w wenezuelskich złożach, wystarczające światu na prawie 100 lat dzisiejszych potrzeb, więcej niż posiada Arabia Saudyjska czy Iran. USA zadały Wenezueli chirurgicznie wymierzony cios – 3 stycznia br. amerykańscy komandosi porwali prezydenta tego państwa Nicolasa Maduro i jego żonę z Caracas. Oboje zostali dostarczeni w kajdankach do Nowego Jorku i oskarżeni o handel narkotykami. To cięcie było jednak drugim aktem tego spektaklu, gdyż akt pierwszy rozegrał się na światowym Oceanie.
16 grudnia 2025 r. prezydent Donald Trump, na swoim prywatnym portalu społecznościowym. ogłosił „totalną blokadę morską dla wszystkich tankowców objętych sankcjami”. Ale już wcześniej, bo 10 grudnia 2025 r. na Morzu Karaibskim Navy SEALs przeprowadziły desant na tankowiec Skipper, gdzie przejęto i statek i ropę. Podobny los spotkał kolejne tankowce, łącznie było to 10 jednostek, w które wymierzona została amerykańska Południowa Włócznia (Operation Southern Spear). Blokada morska pozbawiła Wenezueli możliwości sprzedawania ropy – jej podstawowego źródła dochodu. Porwanie jej prezydenta pozbawiło zaś elity tego kraju jakiegokolwiek ducha oporu. W efekcie tej akcji Ameryka przejęła kontrolę nad wenezuelską ropą. Marco Rubio, amerykański sekretarz stanu, stwierdził „weźmiemy między 30 a 50 mln baryłek ropy, której Wenezuela nie może wywieźć, sprzedamy ją na rynku międzynarodowym, po rynkowych cenach, bez dyskonta, a pieniądze z niej będziemy kontrolować i wydawać my – dla dobra narodu Wenezueli”. Ale te drobne 2 – 3 mld USD to dopiero początek. Waszyngton doprowadził do tego, że wydobywać ją będą amerykańskie koncerny, a pieniądze będą lądować w kontrolowanych przez USA bankach. Wenezuela może za nie co najwyżej kupić jakieś towary, pod warunkiem, że będą one wyprodukowane w USA.
W ten sposób Stany podporządkowały sobie największe zasoby ropy na świecie, aby na nich zarabiać, ale też odciąć od nich wrogów. Jednym z pierwszych bowiem warunków dla Caracas było zerwanie współpracy z Chinami i Rosją. Już nie mówiąc o Kubie czy Iranie. Teraz do Wenezueli wracają amerykańskie i zachodnie koncerny naftowe, przygotowują konta na mld USD odszkodowań, które Wenezuela będzie musiała im wypłacić, ale przede wszystkim szykują się do przejęcia przebogatych, choć trudnych w wydobyciu złóż ropy naftowej, najbogatszych w świecie i tuż pod bokiem Stanów.
Artykuł opracowany we współpracy z czasopismem „Namiary na Morze i Handel”.





